Poczucie winy wobec rodziny w Polsce — o czym naprawdę mówi i co z nim zrobić

To temat, który wraca w gabinecie częściej niż jakikolwiek inny związany z emigracją, a niemal nigdy nie zostaje nazwany wprost. Ludzie mówią o nim okrężnie: „powinienem częściej dzwonić”, „mama się starzeje, a mnie nie ma”, „brat wszystko wziął na siebie”.
Pod spodem jest zwykle to samo — poczucie winy wobec tych, którzy zostali. Rzadko bywa uznane za coś, o czym warto rozmawiać. Wydaje się zbyt oczywiste, zbyt banalne, „przecież tak mają wszyscy”.
Skala, o której warto wiedzieć
Według spisu powszechnego z 2021 roku w Anglii i Walii mieszkało około 743 tysiące osób urodzonych w Polsce — druga najliczniejsza grupa po osobach urodzonych w Indiach. Polskich paszportów naliczono 760 tysięcy, najwięcej spośród wszystkich paszportów innych niż brytyjskie.
To nie jest doświadczenie marginalne. Jeśli więc masz poczucie, że tylko Ty tak przeżywasz — statystycznie rzecz biorąc, nie.
Cztery kształty tej samej winy
Wina wobec starzejących się rodziców
Najcięższa i najczęstsza. Rodzic choruje, ktoś inny go wozi do lekarza, a Ty dowiadujesz się po fakcie i przez telefon. Kilka razy w roku przyjeżdżasz na tydzień, który zamiast odpoczynkiem staje się próbą nadrobienia wszystkiego naraz.
Charakterystyczne jest to, że wina rzadko maleje po takim wyjeździe. Częściej rośnie — bo widać z bliska to, czego nie widać przez ekran.
Wina wobec rodzeństwa
Rzadziej wypowiadana, ale bardzo obciążająca. Ktoś został i przejął opiekę, wizyty, telefony do przychodni, remonty. Nawet gdy nie pada ani jedno słowo pretensji, w tle jest nierówny podział czegoś, czego nie da się podzielić.
Bywa też odwrotnie: to ten, kto wyjechał, przez lata wysyła pieniądze i czuje, że kupuje sobie nieobecność. Ulga z tego nie przychodzi.
Wina wobec dzieci
Dwukierunkowa. Wobec dzieci wychowywanych tutaj — że tracą kontakt z dziadkami, z językiem, z czymś, czego same nie umieją nazwać. I wobec dzieci, które zostały w Polsce z rodziną, jeśli tak się kiedyś ułożyło.
Wina za to, że jest dobrze
Najbardziej podstępna, bo pozbawiona logiki. Życie się ułożyło, praca jest, mieszkanie jest, a mimo to nie wolno się z tego cieszyć — bo ktoś tam nie ma tak dobrze. Sukces zamiast satysfakcji przynosi wstyd.
Dlaczego to nie mija samo
Poczucie winy zwykle sygnalizuje, że zrobiliśmy komuś krzywdę, i domaga się naprawy. W emigracji ten mechanizm zawodzi, bo nie ma czego naprawić. Wyjazd nie był przewinieniem. Zwykle był decyzją rozsądną, czasem jedyną możliwą.
Wina zostaje więc bez ujścia. I zaczyna szukać sobie form: nadmiernych telefonów, przesadnych prezentów, przelewów, wakacji spędzanych wyłącznie na odwiedzinach, obietnic powrotu składanych co roku i co roku odkładanych.
Żadna z tych rzeczy nie zamyka sprawy, bo sprawa nie jest długiem.
Co bywa pod spodem
W pracy terapeutycznej często okazuje się, że wina zasłania coś innego.
Żałobę. Wyjazd oznacza utratę — miejsc, języka na co dzień, przyjaźni, wersji siebie sprzed lat. Rzadko kiedy jest opłakana, bo „przecież to był mój wybór”. Nieopłakana strata nie znika; przebiera się za coś innego.
Złość. Czasem na rodzinę, która wymaga, choć nie widzi kosztu. Czasem na okoliczności, które zmusiły do wyjazdu. Złość na bliskich bywa nie do przyjęcia — więc obraca się w winę, która jest społecznie łatwiejsza.
Lęk. Że rodzic umrze, a mnie nie będzie. Że nie zdążę na samolot. Ten lęk trudno wypowiedzieć, więc żyje jako ogólne napięcie i poczucie, że robię za mało.
Co pomaga
Nazwać rzecz po imieniu
Brzmi banalnie i banalne nie jest. Zdanie „mam poczucie winy, że wyjechałem” wypowiedziane głośno działa inaczej niż to samo krążące w głowie od dziesięciu lat. To pierwsza rzecz, która zwykle dzieje się w gabinecie.
Oddzielić odpowiedzialność od winy
Odpowiedzialność jest realna: masz wobec rodziców zobowiązania, jak każdy dorosły człowiek. Wina jest czymś innym — to przekonanie, że sam fakt Twojego wyjazdu był krzywdą.
Pytanie warte zadania: gdyby mój brat albo przyjaciel wyjechał w tych samych okolicznościach, czy uznałbym, że postąpił źle? Odpowiedź prawie zawsze brzmi „nie”. Standard, który stosujemy wobec siebie, bywa bezlitosny.
Sprawdzić, kto naprawdę oskarża
Bywa, że pretensja pada wprost i trzeba się z nią zmierzyć. Znacznie częściej jednak nikt niczego nie zarzuca, a oskarżycielem jest wewnętrzny głos — zwykle uformowany dawno, na długo przed jakąkolwiek emigracją.
Urealnić to, co się robi
Warto policzyć: telefony, przelewy, przyjazdy, dni urlopu przeznaczone na odwiedziny, godziny spędzone na rozmowach o zdrowiu rodzica. Zwykle wychodzi znacznie więcej, niż się wydaje. Wina bywa złym księgowym — liczy wyłącznie zaległości.
Opłakać, co zostało utracone
To najtrudniejsza część i najczęściej pomijana. Można było wyjechać słusznie i jednocześnie coś przez to stracić. Te dwie rzeczy nie wykluczają się nawzajem, choć umysł uparcie domaga się wyboru między nimi.
Kiedy warto porozmawiać z kimś z zewnątrz
Nie każde poczucie winy wymaga terapii. Warto jednak rozważyć rozmowę, jeśli:
- myśli o rodzinie w Polsce wracają codziennie i zabierają realny czas,
- kontakt z bliskimi zaczął boleć bardziej, niż daje,
- zaczynasz unikać telefonów, a potem czujesz się z tym jeszcze gorzej,
- trudno cieszyć się czymkolwiek, co się tutaj udało,
- od dłuższego czasu towarzyszy Ci napięcie albo obniżony nastrój,
- alkohol albo inne substancje stały się sposobem na wyciszenie tego wszystkiego.
O tym ostatnim pisałem osobno: lampka po pracy — kiedy warto się temu przyjrzeć.
Na koniec
Wina wobec tych, którzy zostali, rzadko domaga się rozgrzeszenia. Zwykle domaga się tego, żeby ktoś wysłuchał, jak trudne było i jest to rozdarcie — bez pocieszania, że „przecież dobrze zrobiłeś”, i bez przytakiwania, że „faktycznie, powinieneś był zostać”.
To jest praca, którą da się wykonać. I nie trzeba do niej wiedzieć z góry, jak nazwać to, co się dzieje.
Jeśli chcesz przeczytać, jak wygląda pierwsze spotkanie: pierwsza sesja psychoterapii.
Dane demograficzne: ONS, International migration, England and Wales: Census 2021 (publikacja z 2 listopada 2022).
Poczucie winy wobec bliskich w Polsce wraca w gabinecie regularnie — piszę o tym szerzej przy kryzysie emigracyjnym. Jeśli rozpoznajesz w tym siebie, możemy się temu przyjrzeć spokojnie, bez oceniania.
